|
Dawno i nieprawda. I wstyd.
2006 grudzień maj kwiecień marzec luty styczeń 2005 grudzień listopad czerwiec maj kwiecień marzec luty styczeń 2004 grudzień listopad październik wrzesień sierpień lipiec czerwiec maj kwiecień marzec luty styczeń 2003 grudzień |
* A co to, święto?! *
I znów było tak magicznie, z brzmieniem, co się niósł z powietrzem ulicami, korytarzami. Cztery w jednym, piątej nie przepuszczę. Spotkamy się pod Empikiem z tą samą co dziś radością, w gabinecie dwadzieścia jeden, by wspomnieć tę pierwszą naszą wigilijkę z ciastem z kartonika i rogalikiem z koszulki, na łączniku by zabisować samemu sobie i radość sprawić licealistom, w Gorzowie tak po prostu? Bo to nie mogą być nasze ostatnie święta, wszystkie drogi prędzej czy później prowadzą do Landsberga. Ty Kermitku nasz wyjątkowy, pisz, ciesz się życiem, nie zmieniaj się, podążąj za Amelką i bądź szczęśliwy. Naprzytulałam się na zapas, wybuziałam nie tylko pod jemiołą, a moja dusza waży tego wyjątkowego dnia dziewiętnaście gramów, choć śniegu wciąż ni ma i nawet pocieszyć się myślą nie mogę, że on stopniał tak po prostu, jak to śnieg. Chciałam podziękować z tego miejsca, kartki, monitora wszystkim, którzy są przy mnie mniej lub bardziej, że wytrzymują, tolerują, pamiętają i kochają nawet, szaleństwo, no no no. Bo czasem dobrze usłyszeć coś od serca, taką iskierkę wykrzesaną, co uśmiechy rozpala na pyzatej buzi. Uścisnąć rękę tych, których się nie doceniało wcześniej, tych, na których się złościło po kryjomu. I mieć lżejszą duszę. Spisano: 2006-12-22 18:11:15 skomentuj (10) * 171 * Hycam na kłódkowanego epulsa. Tak na jakiś czas. (?) Bywajcie. Kto chce - ten znajdzie. Spisano: 2006-05-21 11:28:27 skomentuj (16) * 170 * Otoczenie szkoły zmieniło się w te dziewięć dni laby nie do poznania. Suche gałęzie wystroiły się w liście o szerokiej gamie odcieni zieleni. Przerwy spędza się siędząc na dworze. A popołudniami w domu, choć przez chwilę, na progu balkonu, puszczając ukradkiem bańki mydlane. Na niebie szybowce jakieś? Nie znam się. Czy trzeba mi? Nie. Ważne, że latają nisko i oczami wyobraźni widzi się już niemal pilota w tej śmiesznej czapce na uszy zakładanej, który macha do Ciebie. Lub raczej wystawia dłoń w geście powitania, jak zwykli to robić kierowcy autobusów. I w momencie tym obraz zwalnia. Jak w Imperium Słońca. Cadillac of the sky..! Projekt SI 031 przyjaźni się z parą moich uszu coraz bardziej. Czasem można się cieszyć z oszustw internetowych, kiedy to ktoś Ci podłoży plik inny, niż się spodziewałeś. I trafiasz przypadkiem na Myszora i Delonsa takiego, co twierdzą, że hula-hop na błękicie. I wierzysz im. Widziałam smutną świnkę na niebie z przyklapniętym uszkiem trójkątnym. Widziałam krokodyla z głodnym uśmiechem i Tabalugę ze skrzydełkami bądź smoka wawelskiego z owieczką puszczającą gazy. Zależy którym okiem łypniesz. A może Bozia bawi się z nami w złudzenia optyczne? Czasem wydaje mi się, że widzę przez szczeliny skrzynki czworokąt papieru na klej prawdziwy zaklejony. Potrafisz w próżni zmysłowej poczuć smak i zapach? Czułam wczoraj smak gniazdka, smak gruszki, dziś zaś smak tej Absyntowej gorącej czekolady i zapach truskawek na szkolnym korytarzu. I pomyślałam: no tak. Jeszcze czterdzieści trzy dni. I będę mogła uciec od wszystkiego, od czego zechcę. Duszą i ciałem. A na niebie wciąż cadillac of the sky. Frrrruuuuuuu. Będzie wojna. Będą bombardować nas z nieba płatkami niezapominajek i postrzępionymi wiatrem kulami waty cukrowej. A moje życie? Moje życie wciąż jest codziennym zdumieniem. Spisano: 2006-05-11 17:27:59 skomentuj (4) * 169 * Bzy. Kwitną już bzy. Czekam dnia, kiedy pójdę je znów rwać w wielkie fioletowe kule. Lilac wine. O czymże to było? Tak, o tym, o czym powinno. Mniej więcej. Nie wiem czy mniej, czy więcej. Nie piję już przecież. Smutków w herbacie nawet nie zatapiam. A że nie mam gdzie zatopić, bo i wino odeszło na bok, i herbata, i kawa, i mleko, to smutki uciekły prawie. Przyszły nowe. Choć te stworki są bardziej poplątane i zagubione aniżeli smutne. Ktoś prawdę mówił, że żyje nam się najlepiej, gdy się rozumiemy, szanujemy i kroczymy zgodnie z rytmem wewnętrznym. A mi się kroki poplątały. W tańcu dobra nie jestem. A życie to permanentne tańce. Czy to międzyplanetarne, czy po śliskim parkiecie. Mogę postepować. Tak jak zwykli to robić ludzie, którzy się niecierpliwią, denerwują, chce im się siusiu. Co bądź. I będę mieć te śmieszne czarno białe butki. Opowiedz mi, jaki rytm Twe ucho zarejestrowało. Czuję wakacje, czuję zapach kukurydzy sprzedawanej nad morzem. Czuję piasek w uchu, we włosach i między palcami. Czuję zapach maciejek babcinych i wilgotne powietrze wieczorne nad jeziorem. I widok Słońca kąpiącego się w nim. Bo wieczorem woda zawsze jest najcieplejsza. Czuję myśli impulsywne. Czuję, jak mi się nogi rwą do podróżowania od Miasta Marzeń do Miasta Pierników. Słyszę Hejnał i flesz aparatu być może mojego. I głos niewidzianego od dwóch lat Łukasza. Czuję na sobie spojrzenie Adasia i gwiazd, które wciąż twierdzą, że ktoś na nie także łypie okiem każdego wieczora. Powinnam wierzyć w niebo. Zeszłych wakacji spadło siedem czy dziewięć gwiazd. Nie, to nie były gwiazdy. To były meteory. Może dlatego nie spełniły życzenia wysłanego w kosmos. "Jestem tylko meteorytem". A meteoryt jak to meteoryt. Spadł, zrobił wielką dziurę i zniknął. Spisano: 2006-05-10 17:55:48 skomentuj (0) * 168 * Przyroda, choć miejska, wprawia mnie w błogi stan, odkąd świat się żażółcił. Nigdy wcześniej moja wiosna się nie zażółcała. Zazieleniała się zazwyczaj. Kolejna pora roku odbiegająca od standardów wyznaczonych przez siedemnaście lat. Coś się stanie, coś się, stanie, coś się stanie niespodzianie. Godzina dziesiąta, za oknem osiemnaście stopni. Uśmiech w lustrze serdeczny, oczy błyszczące. Hop więc w zielone spodnie i paseczki, by przewiewnie było. Palce zaplatają włosy w dwa warkocze i kwiatkiem mym różowym uwieńczają swą pracę. -No! - jak w reklamie Nobiles. Peggy Brown, Marilyn Monroe, Maj, Małpki i Bobek. Ruszyliśmy w świat, ruszyliśmy w mlecze. I paść moją krówkę zaczęłam. Wracając zaś, motyl mi przeleciał nad głową. Drugi w tym roku. I kreślił mi on swym lotem uśmiechy w powietrzu. Cóż poza tym, cóż poza tem. Lustro wysyła coraz bardziej serdeczny uśmiech. Lubię się dziś. Pójdę stroić miny do tego odbijacza. Poderwę go nawet. Tsss. A aparat... aparat sobie zażyczę na osiemnastkę. Niech chociaż prezent umili ten przykry dzień. I wtedy dopiero zacznę kreować ogłoszenia. Kupię wielką taśmę klejącą i rozkleję te brzuchy z pytajnikami gdzie bądź. Spisano: 2006-05-07 11:47:42 skomentuj (0) * 167 * "Na pocieszenie matka kupuje Amelii używany aparat >>Kodaka<<. Złośliwy sąsiad wmawia dziewczynce, że jej aparat powoduje nieszczęśliwe wypadki. Jako że robiła zdjęcia przez całe popołudnie, przerażona Amelia przeżywa załamanie nerwowe. Oglądając wieczorne wiadomości w telewizji, obarcza się winą za ogromny pożar, dwie katastrofy kolejowe i rozbicie się Boeinga 747..." A ja wmawiam sobie, że katastrofy wywołuje choć jedna moja łza. Katastrofy przyziemne bardziej i mniej [I'm up in the clouds...]. Myślałam, że umiem już płakać tylko z jednego powodu. I że to starczy. Na tydzień. Że więcej nie trzeba. Że nie ma po co. Norma wyrobiona. Każdy świat przeżywa klęski żywiołowe. Każdy świat oczekuje armagedonu. Atak trójfazowy. Prawie jak z reklamy Gillete. Bez, kurwa, podrażnień. Rozpoczęło się już od szestastej. Zakończyło tuż po dwudziestej trzeciej. Na dobry sen. Rzygam codziennością. A prznajmniej chciałam, obserwując klozet, gdy siedziałam wieczorem w pustej wannie. Tylko tam można znaleźć względny spokój. Gdzieś między jedną a drugą kroplą skaczącą sobie w otchłań ścieków z nieszczelnego kranu. Następnym razem zanurzę głowę w wodzie. I nie będę słyszeć już nic. Wmówię sobie, co najwyżej, że Ktoś mnie woła. I że tak bardzo chciałabym tam pobiec... Mówił kiedyś, że został wyprany z uczuć. Krążył wkoło tego tematu "jak sęp, po to tylko, żeby nie trafić w sedno i zostawić sprawę rozgrzebaną" Że coś dziwnego się z nim porobiło. Że jest pogubiony. Że tak wiele się zmieniło. Że został wyprany z uczuć. Rozumiem. Już rozumiem. Wszystko. Zbyt dokładnie. Miał mi o wszystkim opowiedzieć. Już nigdy się o tym nie dowiem. I tak rozumiem. Chciałabym nie rozumieć. Chciałabym nie rozumieć tak bardzo, jak bardzo chciałabym popaść w jakąś częściową amnezję. A może całkowitą. Zapomnieć o wszystkim. O tym, że na imię mi Ann, że "nie potrafię nawiązywać kontaktów z innymi... Być może dlatego, że w dzieciństwie byłam zawsze sama... [...] Że żyłam między nerwicami matki i dystansem ojca, uciekałam w świat imaginacji, gdzie płyty gramofonowe wytwarza się jak naleśniki". Że wymyśliłam kogoś, że kogoś spotkałam. Zacząć życie od nowa. Bo zbyt wielu rzeczy żałuję. Mając lat siedemnaście. Mimo wszystko: nadal. Spisano: 2006-04-25 16:57:07 skomentuj (7) * 166 * Magnolia, róża, brzoskwinia, morela, drzewo sandałowe. I cynamon. [już wiem skąd ta miłość]. W otoczce Dolce Vita. Bo perfumy to też alkohol. Miotła z czerwoną rączką, żółty tulipan i różowy balonik na niteczce, choć bez helu, w samym centrum miasta, w tramwaju, w szkole. Chciałabym chodzić z balonikami po ulicy każdego dnia. A wieczorem wypuszczać je w stronę nieba. Żegnać Słońce i witać Księżyc na sposób dziecięco-poetycki. Lizak jagodowo-malinowo-mleczny. Yummy yummy. Prosiaczek na pierwszej kartce w kratkę. Umiem przecież poprawić sobie nastrój. Więc o co chodzi? Pamiętam zbyt dokładnie dwudziesty drugi października dwutysięcznego piątego roku, by nie skojarzyć, że dziś mija pół roku. Choć to dwudziesty trzeci był zasadniczo zmiażdżeniem serca Amelii, podcięciem skrzydeł, pociągową powodzią i obróceniem życia o sto osiemdziesiąt stopni /i nic już nie jest i nie będzie takie, jak przedtem/. Lecz dwudziestego trzeciego miałam w dłoni tulipana, watę cukrową, a pan trębacz odmachał mi z uśmiechem. Może dlatego właśnie dwudziesty drugi. A może i drugi i trzeci, kurwa. Weekend pod znakiem głębokich rozmyślań. Sobota niedziela. Tak jak wtedy. Panie Kazimierzu. Już więcej Pana nie odwiedzę. A tym bardziej nie usiądę na Pana czerwonych, skórzanych fotelach. Na drewnianej ławce też. Panie Kazimierzu, nie będę u Pana robić zakupów. Nie lubię Pana, Panie Kazimierzu. Pan zabiera ludziom złudzenia. Ulica Grodzka pozdrawia Planty i knuje spiski przeciwko takim jak ja. Spotykać należy się jedynie na Księżycu. Tam jest zawsze bezpiecznie. I am up in the clouds. I am up in the clouds and I can't, and I can't come down. Bije na rozstanie w kościele Jakuba dzwon. Niech stanie się cud? A pfff! Wstańże już z tych kolan. Trzeba żyć na stojąco. Garbienia się nikt nie zabronił, choć wskazane nie jest. ...jak zbity pies. Spisano: 2006-04-23 09:43:59 skomentuj (9) * 165 * I znów uświadamiam sobie w smutnych barwach i łzawym akcencie [cholera!], że należy się zmienić. Zabić w sobie Amelię, zabić w sobie małego, słodkiego ptysia... Co przez to osiągnęłam? Trafiłam tym prosto w czyjeś serce i urzekłam? Czy zyskałam przyjaciela? Czy często się uśmiechałam? A prawdziwie? Czy publiczność krzyczy: 'nie'? Nie rozumiano mnie. Mówiono: 'wydoroślej wreszcie. zastanów się, ile masz lat'. Wstydziłam się być sobą. Zamykałam się coraz bardziej w pudełeczku ze śladami okruchów dzieciństwa, przytulając się do czerwonego balonika, którego puszczałam w powietrze za każdym razem, kiedy zasypiałam, podczas cynamonowych snów. Na skrzydełkach z pierzastej waty cukrowej latałam śladami kolorowych motyli i czułam wewnętrzną swobodę i beztroskę. Chciałam zatrzymać czas, by tak było zawsze [zawsze. to takie nierealne słowo]. Bym nie poczuła się skażona dorosłością. Dziś odbija mi się samą sobą. Chyba chciałabym oczyścić organizm z tych wszystkich pluszowo-kokardkowo-cukierkowo-niewinnych toksyn. Być takim mentalnym anorektykiem. Chyba tak. Chyba już. Chyba znowu. Czy postanowienia 'codziennościowe' będą tak samo bezsensowne jak te noworoczne? Chciałabym wskoczyć w jakąś współczesną foremkę i czuć, że światem rządzi przypadek, jednorodność i forma. Coś mi wciąż przeszkadza. Czy można wyleczyć się z siebie? [znam pewien głupi, brutalny sposób, ale nie chcę już takich recept. nie chcę już o nich mysleć. nigdy więcej] Czy trzeci lipca będzie tym dniem, kiedy będę mogła opuścić już ten szpital z oddziałem pełnym kolorowych obrazków na ścianach? Nie mogę już patrzeć na głupiego Prosiaka i spasione Muminki. Będę kiedyś poważna. Będę traktowana poważnie. PS. A na wszelki wypadek poproszę Cię, Boziu, o wojnę między moim światkiem a całą resztą. Na wypadek gdybym kiedyś chciała powrócić. Nie będzie już do czego. Jednoosobowa armia nie jest w stanie uchronić niczego. Nawet tego małego, zasuszonego kasztanka. Spisano: 2006-04-17 16:25:50 skomentuj (15) * 164 * Herbata cynamonowa z syropem imbirowym po piętnastu minutach zadumy i rozmyśleń. Jak na Shultza przystało, wybrałam Sklepy Cynamonowe. Męczy mnie wizja kończącej się przyjemności, ograniczonej ilości dodatków. Ograniczenia w ogóle męczą mnie dość znacznie. Wypieki na policzkach, kogucik na półce tuż przy starej koncewce. I to malutkie czerwone krzesełko pod stolikiem przy oknie. Tyci tyci. Gałązki z drzewa urwane w butelkach z wodą. Pierwsze listki. Ale sztuczność się nie liczy. Nie fair. Ale ale. W drodze na przystanek przechodziłam koło drzewka. To było jak spotkanie po latach. Cofnij. Tak, nie przewidziało Ci się. To ja - pączek wiosenny. Bez marmolady różanej, ale dobry pączek. Prawie jak gruszka na wierzbie. Musiałam go pyknąć palcem wskazującym. /tej, kolego!/ Gdzieś widziałam takie 'pyk'. Cóż to było, gdzież to było? Myśl ta spokoju mi nie da. Pyk... Motyla noga! Był też ten śmieszny kubraczek na dzbanuszek. I francuska muzyka. Zaciekawiło mnie spotkanie telefoniczne. Mam fantazję, wystarczyłoby zamknąć oczy. Kupiłabym, jak ten pan, herbatę czy czekoladę, to nieważne, usiadła przy dwuosobowym stoliku i poczuła się bezpiecznie. Bo ktoś szeptałby miękko ciepłe słowa do ucha. Czułabym nawet te fale powietrza od 'p', 'b', 'c' i 's'. To też byłoby erotyczne. Ale ja przecież nienawidzę telefonów. Oddałam się moim ulubionym myślom o drobiazgach. Sama poruszyłam swoją wewnętrzną strunę. Mogłabym być mężczyzną. Miałabym miliony fanek. Co prawda przez kolegów uważana bym była za homo, ale czy to ważne? Znalazłabym może swoją Amelię. Ameliasz jest niemożliwy. Mogłabym być Ameliaszem. Zapaliłabym nawet czasem tego nieszczęsnego papierosa leżąc na wpół na łóżku. I rumieniłabym się. Jestem jednak kobietą /dziewczynką?/ i nie mam miliona fanów. Bywa. Jestem sobie Amelką wybrakowaną, którą żal za dupę ściska, kiedy myśli, że gdzieś tam... Chciałabym się zadziwić, oniemieć wprost, dostać biały bez. Bo ładny jest. /no weź!/ Chciałabym rozmowy gwiazd na gałęziach słyszeć zielonych i przytulić serca motyli. Posiadam wiarę w niemożliwą moc. Za dużo marzeń. To tak jakby zjeść worek cukru. Takiego dla pszczół, od dziadka. Wiosną. Albo wypić roczny zapas mleczka zagęszczonego o smaku toffi. Jestem cukrzykiem marzeń, a wątroba, która filtruje je na rzeczywistość, zaszwankowała. To nic. Mój świat z chatką z piernika i rzeką pełną mleka i chmurami z waty cukrowej utrzymuje mnie przy życiu. Dobrze mi tu. Słodko i błogo. A syropku imbirowego dolałabym dziś więcej, gdybym mogła! Gdybym, gdybym, bym, brym, brym. /conditionnel, je te déteste/ Ps. Nie mam nadal pojęcia, skąd to 'pyk'. ^gdyba i gdyba /Wola, Sadyba/^ Ps deux. Doszłam właśnie do wniosku, że te epulsowe główki emotek buziających co tak bardzo romantyczne być miały chyba z założenia wyglądają jakby co najmniej loda robiły. Ale jest już późno. To dlatego pewnie. No ale. No popatrz tylko. No. Spisano: 2006-04-08 23:38:30 skomentuj (9) * 163 * Ktoś kiedyś chciał upiec ciasto. Przepis był iście alternatywny i odbiegający od wszelakich norm przyjętych. Książki kucharskie takiego oblicza wypieków nie znały. Ciasto słodko-gorzkie, czarno-białe, w paski, na wpół udane, na wpół zakalec. Ciasto ambiwalentne. A składniki dobrała sama Amelie Poulain /bo trzeba mieć fantazję/, u której zaobserwowano niedawno stany choroby umysłowej. Być może przeziębiła się 'psychiczną hipermetamorfozą prowadzącą do hipercenestezji, co w konsekwencji daje angiopatyczną neurastenię'. Kakao naturalne, bo gorzkie /zgorzkniałe/. Całą szklankę, a co! Nie ma słodko. Margaryna - ile bądź. Żółtko kształtne i łysa kuleczka drewniana do ucierania. Podziel masę na dwie części w stosunku 2:1. Część mniejszą włóż do zamrażarki. Część większą wyłóż na spód starej brytfanki wraz z rozkruszonymi ciasteczkami korzennymi. Posyp ziarenkami zbyt dużej wyobraźni i nadwrażliwości działającej w sposób znaczny na kubki smakowe. Dociśnij palcami, by mieć pewność, że masa trzyma się mocno i nie da się jej wydłubać ani nożem, ani widelcem, ani palcem wskazującym, a tym bardziej nie małą, srebrną łyżeczką do herbaty, którą zastygły karmel rozbijać można. Do przygotowania masy białej potrzebna jest mąka z białą niewinnością i kopiasta łyżeczka proszku do pieczenia, by ciasto urosło o wiele więcej niż inne ciasta i miało powody do zamartwiania się. Na co komu tyle proszku do pieczenia? Na co komu tyle ciasta? W sklepach brak nawet tak sporych folii aluminiowych [nawet w QuiosQue'u]. Jajek sztuk dwie, no ba. Trzy łyżki ciepłego mleka. Margarynę zastąpić można olejem do głowy. Starczy łyżka. Na co się komu wymądrzać. Ser twarogowy z dodatkiem poczucia wartości siebie dwa razy przez maszynkę do mięsa przepuść. Robotem kuchennym ubij aż do krwi pianę ze zbytnich wzruszeń. Niech boli. Dodaj do masy. Przyszła pora na Rodzynka. Rodzynkiem niech będzie niespotykana głupota codzienności. I tu starczą dwie garście. Wylej masę jasną na masę ciemną. Zamrożoną wystarczająco kulkę masy kawowej wraz z kawałkami lodu z zamrażarki wyciągnij i starkuj przez duże oczka na wierzch ciasta tak, by brązowe wiórki pokrywały jasną masę w zupełności. Przygotowaną wcześniej słodką bitę śmietanę wyciśnij tubką do masy tortowej w postaci jednego kształtnego stożka. Na samym środku oziębłości. A na czubek połóż glazurowaną wisienkę. Z zielonym ogonkiem. Piekarnik jest niepotrzebny. Ciasto gotowe będzie do spożycia po przypieczeniu go płomyczkiem ciepłych uczuć. Czy ciasto powinno się przed przypieczeniem dotykać? Nie. Nie warto sprawdzać, że wierzch jest chłodny. Nie wiesz, co znajduje się w środku. Nie, wsadzanie palca też nie jest wskazane. I nie bez przyczyny pewnie ta wisienka. Kto odważy się skonsumować, niech pamięta chociaż, że kęs pierwszy, choć mdły, prowadzić może do niebieskiego migdałka /prawie jak Rafaello/. Migdałek w czekoladzie. I nie rozpuszcza się w ustach /och, prostackie eMeNeMsy/, nie rozpuszcza się w dłoni, a między ramionami. Spisano: 2006-03-31 20:12:25 skomentuj (0) |
* La Musique *
* Yann Tiersen * [La chute] * Myslovitz * [Szklany człowiek] * Lenny Valentino * [Uwaga jedzie tramwaj] * Coldplay * [Hunting high and low] * Mogwai * [Cody] * A Silver Mt. Zion * [For Wanda] * Explosions In The Sky * * Godspeed You! Black Emperor * * The Album Leaf * * Maximilian Hecker * [White] * Damien Rice * [Volcano] * Katie Melua * [I cried for you] * Anna Maria Jopek * [A gdybyśmy się nie spotkali] * Low * [Broadway] * South * [Colours in waves] * Radiohead * [How to disappear completely?] * Starsailor * [Love is here] * Mars Volta * [The widow] * Hard-Fi * [Cash Machine] * Kasabian * [Club foot] * Daft Punk * [Something about us] * M83 * [Safe] * Gorillaz * [El mañana] * Blur * [Charmless Man] * Coma * [Wrony] * Interpol * [Stella was a diver] * Bloc Party * [Banquet] * Franz Ferdinand * [Tell her tonight] * The Libertines * [What Katie did] * The Killers * [Glamorous Indie Rock & Roll] * The Editors * [Camera] * Maximo Park * [Postcard of a painting] * The Cribs * [Martell] * The Bravery * [Honest Mistake] * Arctic Monkeys * [A certain romance] * Modest Mouse * [Float on] * M.I.A. * [Bucky Done Gun] * The Decemberists * [Eli, The Barrow Boy] * Red Hot Chilli peppers * [Dosed] * Kaiser Chiefs * * The Cure * [Lovesong] * Porcupine Tree * [Buying new soul] * Raz Dwa Trzy * [Oczy tej małej] * Cranberries * [Fee Fi Fo] * Edyta Bartosiewicz * [Ostatni] * KoNoPiAnS * [Słoneczko] * Pidżama Porno * [Stąpając po niepewnym gruncie] * Farben Lehre * [Helikoptery] * Kombajn Do Zbierania Kur Po Wioskach * [Łyżki] * Akurat * [Hahahaczyk] * Leniwiec * [Heretyk] * Bob Marley * [Buffalo Soldier] * Paprika Korps * [Poprzez Babilonu mur] * Edith Piaf * Made by
t-r-i-s-t-e-s-s-e |